Godzina 10.36 to dziś dla mnie bardzo ważna godzina. Kto wie czy to, nie jest najważniejsza w tej dekadzie mojego życia godzina.
O tej właśnie
godzinie przykryłam lnianą ściereczką swój pierwszy drożdżowy chleb, do jego pierwszego wyrośnięcia.
Wyrabiając
ciasto przyszła do mnie taka oto myśl, że NIGDY NIE PRZESTAJEMY BYĆ KOBIETĄ.
Choć ta nasza
kobiecość bywa wredna i wybredna, impulsywna i delikatna, trudna, nieznośna, histeryczna
i himeryczna. Choć ta nasza kobiecość tak nas czasem strasznie wkurza, boli,
rani, dokucza, to nigdy nie przestajemy być tą kobietą, której obraz kiedyś w
swojej głowie narysowałyśmy.
Choć doświadczenia
uczą by na wiele lat schować ją do szuflady na samym końcu strychu, to i tak
nigdy, nie przestajemy być TĄ KOBIETĄ Z TYCH NASZYCH DZIEWCZĘCYCH SNÓW.
Choć na naszej
drodze stają ci nie męscy mężczyźni, którzy oduczają nas bycia kobiecą kobietą,
choć kobiecość staje się jednym wielkim problemem, choć wychodzi z mody, choć
nie pasuje do realiów naszego życia… choć by nie wiem co to finalnie… nigdy nie
przestajemy nią być. Nawet jeśli ukryjemy ją pod stertą współczesnych
argumentów to gen leśniczki, która czeka na swojego jaskiniowca zawsze będzie w
nas żywy. Czy tego chcemy czy nie, wystarczy jedno ciasto drożdżowe, by poczuć
ciepło palącego się w jaskini ogniska.
Właśnie tak
było ze mną samą.
Przeszło dekadę
temu, ktoś ukarał mnie za bycie wrażliwą, delikatną i kobiecą. Och jak okrutnie
ukarał mnie za zdolność do czucia, do kochania, do zachwytu życiem w każdym
jego wymiarze. Wystraszyłam się na przeszło dekadę. Wszelkie te kobiece
głupotki stały się dla mnie stekiem infantylnych bzdur. Aż pojawił się Krzysztof,
który jednym zdaniem obalił wszystkie teorie, wokół których budowałam wówczas swoje
życie. Ten człowiek okrył mnie swoją marynarką mówić, nie kłam, widzę jak po
nicach piszesz, nie jesteś żadnym macho, żadnym pazernym przedsiębiorcą. A
potem dodał „ciebie trzeba chronić, bo jesteś tak delikatna jak sam pergamin”.
Potrzebowałam
tryliarda błędów, zbroi i masek by trafić na jednego człowieka, który pokocha
mnie za te tryliard razy odrzuconą wrażliwość. Czasem wystarczy jedno zdanie by
wyleczyć każdą schowaną ranę.
Och jakie ja
mam szczęście, że znalazłam jednego człowieka, który nie nabrał się na te moje
pozory.
Od kilku dni, w
oknie Krzysia nieśmiało znów pojawia się
życie. Na smutnych dotąd drzewach, zielenią się świeże listki i pachną ledwie
zakwitłe kwiatuszki. Mój dom wypełnia subtelna muzyka. Ukochany pies spokojnie
śpi schowany a przy jeszcze ciepłym kaloryferze wyrasta z wolna drożdżowy
chleb. Pogoda jak ta muzyka ani za ciepła ani za zimna, jak ta wypełniająca dom
i dusze muzyka koi zmysły. A moje serce wypełnia ten cudowny spokój i
wdzięczność, za człowieka, który wrócił mi życie jednym czułym spojrzeniem na
moją wrażliwość.
Kilka dni temu
będąc u fryzjera przysłuchiwałam się rozmowie pani, która choć na emeryturze
cały czas prowadzi własną firmę. Kobieta nie przestała pracować po mimo
choroby, która pozbawiła ją włosów i firmy która generuje obroty bez jej
udziału. Po mimo raka, którego niemal w jednym czasie miała jej mama, siostra,
mąż i ona sama. Ta skromna prezes dużej firmy, przygotowując się do kolejnych
badań i licząc z nawrotem choroby umawiała się z fryzjerką, by ta odwiedzała ją
służbowo gdy ta trafi do szpitala. Na liście zadań w drodze na walkę z tym okrutnikiem
tej pani są wizyty u fryzjera.
Kilka tygodni
temu dowiedziałam się, że jedna z moich sąsiadek, pani w podobnym wieku do
tamtej, tj. 70+ chora na alzheimera, która potrafi ubrać dwa różne buty i
zapomnieć, że wstawiła wodę. Pamięta swojego psa Wokera i że trzeba zrobić paznokcie.
Choć już nie jest zdolna by sama wyjść z domu, cały czas chodzi do kosmetyczni
na paznokcie.
Kobiety nie
przestają mnie zadziwiać, zwłaszcza w tym względzie. Zwłaszcza gdy słyszę ich
historie. Gdy oglądam ich przemijanie. Gdy patrzę na własne zdjęcia z czasów
gdy było mnie 20 lat i kilogramów mniej.
Między pracą a
szpitalem zdobią ciasto dla swoich bliskich i farbują ledwie odrosłe po chemii włosy,
pamiętają by zrobić paznokcie i odmówić różaniec.
Bywa, że nasze
życie odziera nas z kobiecości, pozbawia godności, tak okrutnie rani i straszy.
Bywa, że ten który miał nas bronić i chronić jest nam najgorszym katem.
Bywa, że nasze światło
non stop ktoś lub coś gasi.
Bywają noce gdy
nie przestajemy płakać i takie gdy tak mocno ściskamy w dłoniach różaniec, że rani
nam ręce.
A mimo wszystko…
zapominamy wszystko ale nie miłość psa Wokera i to że włosy, paznokcie i usta
zawsze muszą być zadbane.
Czytałam kiedyś
artykuł na chujowej Pani domu o tym co najdziwniejszego kobiety zrobiły. W śród
wielu komentarzy pojawił się komentarz dziewczyny, która ubrała suknie balową
jadąc na chemie. Rzadko zapamiętuje cudze komentarze ale ten zmienił moje
życie. Od tamtej pory, przed wizytą u swojej pani doktor zawsze ubieram
najbardziej kobiecą spódnicę jaka mam. A wizyty tak pełne lęku nazywam „moim osobistym
świętem kobiecości”.
Ponad dekadę
temu przestałam chcieć być kobietą. Jak wiele z nas po tak silnym zranieniu ubrałam
maskę silnej i niezależnej. Zabawne loki zamieniłam w proste długie i stonowane
włosy. Zwiewne sukienki w kwiaty na sztywne i biznesowe garsonki, które choć
mówią o kobiecości są jej znaczącym ograniczeniem. Wreszcie zmieniłam prace na
te w której musze być silna, autorytarna i konsekwentna. Tak to sobie było do
2022 roku. Wrażliwość mówiła porywistym wiatrem, który czesał włosy nad morzem.
Delikatność świeciła światłem nocnej lampki, przy której pisałam felietony na
swoje blogi. W miłości byłam zdystansowana, w życiu uczyłam się taka być. W
biznesie czułam się jak ryba w wodzie.
Moja kobiecość
upomniała się o mnie najpierw bardzo subtelnie ziarenkami, które ukwieciły mój
balkon, potem ciut mocniej komplementami pewnego uroczego lalusia, potem pojawił
troszkę mniej subtelnie grasując na warszawskich scenach Improv.
Ja jednak ciągle chowałam się w maskach silnej
Pani Prezes, wyluzowanej kumpeli i fanki dawnej motoryzacji.
Wreszcie walnęło
konkretnie – stalker, choroba, relacje, Krzysztof.
W tym trwającym
wiele miesięcy lęku o swoje zdrowie, w tych łzach po stracie Krzysztofa, w tej
okrutnej bezradności… okryłam wartość nad wartości.
Tam na tamtym
korytarzu, w tamtej przychodni, sekundę przed zabiegiem odnalazłam zagubioną w
walce o przetrwanie kobiecość. Można było po dobroci, można było delikatnie,
wystarczyło pozwolić Krzysztofowi się nią zaopiekować. Dla mnie jednak to było
zbyt duże ryzyko…
Odnalazłam ją! Kobiecość
jest siłą i jeśli nie pozwolisz jej wejść do życia delikatnie to tak cie pacnie
że i tak padniesz i opuścisz wreszcie gardę. Tak było ze mną, przynajmniej.
Bo Kobiecość to
najpiękniejszy dar jaki dostajemy od Boga. Tak wam jak i sobie życzę tylko
takich mężczyzn jak był sam święty Józef, który umiał kochać i chronić wrażliwość
Maryi.
Wybiła 11.34
pora wymieszać mój drożdżowy chleb.
Ach jak to
cudownie, znów piec chleb, znów zachwycać się wiatrem i zapachem wiosny.
Ach jak
cudownie jest być sobą właśnie taką doskonałą i nie doskonałą jednocześnie.
Większość ludzi
będzie przerażała nasza wrażliwość, delikatność, radość. Trudno.
Ci prawdziwie
wielcy pokochają te naszą „pergaminowość” A nawet jeśli nie znajdziemy drugiego
Krzysztofa, Józefa, czy innego anioła stojącego na straży naszej kobiecej
subtelności, to nic.
Po latach
wędrówki wiem, że to czego nie dadzą nam inni, możemy sobie same dać.
Możemy same
kupić sobie kwiaty, możemy same prawić sobie komplementy i możemy a nawet
musimy same siebie kochać i doceniać. Bo każda z nas jest wspaniała, cudowna i
wyjątkowa. A wrażliwość jest cudowną cnotą.
Ściskam z
serdecznością
Zora.
Komentarze
Prześlij komentarz