Standardy
Nadspodziewanie
długo dorastałam do niniejszego felietonu.
Zdaje się nadejszła
wiekopomna chwila by uznać fakt istnienia także w moim życiu standardów. Czemu niniejszym
dedykuję ten felieton.
Zacznijmy od odpowiedzi
na pytanie czym one są i czy wolno nam je mieć?
Prawdę
powiedziawszy zawsze uważałam, że posiadanie standardów jest czymś złym i
pysznym.
Mężczyźni tak chętnie
krytykują kobiety za ich materializm i próbę znalezienia idealnego materiału
genetycznego, iż sama uznałam za złe pragnienie by ten mój człowiek był piękny
i wiecznie młody.
Czego niewiedzawszy
jako 20 latka, związałam się z panem idealnym. Wysoki brunet, o kanciastym
kształcie twarzoczaszki, czarnych, przenikliwych oczach. Zgodnie z ówczesnym standardem
posiadał on naturalną i niewymuszoną sterydami rzeźbę ciała oraz świadczące o pracowitości
dłonie z charakterystycznymi żyłkami.
Patrząc na jego
długie rzęsy oczyma wyobraźni widziałam z równie pięknymi co taty rzęsami naszą
córkę.
Widząc jego
piękne ciało widziałam również naszego pierworodnego syna. Kolejnego pięknego
mężczyznę na tym świecie, którego ja osobiście powołam do życia wprost ze swych
trzewi.
Jako, że pan
zarówno z wyglądu jaki pewnych cech osobowości wydał się ideałem zatrzymałam
się przy nim na ponad dekadę.
Zaznaczam, że
byłam w chwili poznania doraźnie choć ambitnie pracującą studentką pierwszego
roku. Mój status materialny zdecydowanie odbiegał od statusu chłopaka z dobrego
a w dodatku bogatego domu. Który w chwili gdy ja wchodziłam w dorosłość miał
już własną firmę.
Dla mnie ten człowiek
był inspiracją by chcieć więcej i wspinać się wyżej.
Nasza sielanka
trwała mniej więcej tyle ile byłam ubogą studentką, dorabiającą w telemarketingu.
Problem się
zaczął, gdy z panny nikt stałam się panią magister, a praca byle gdzie stała
się pracą na pełen etat konkretnie gdzieś.
Nagle mój książę
poczuł się ten gorszy.
Zamiast zrobić
to ci ja – czyli dobiec do nowych standardów on zaczął umniejszać mi.
W swojej głowie
ja wciąż byłam 20 latką a on pięknym 30latkiem.
W jego on był
pięknym 30latkiem a ja starą panną, z którą już nie chciał się ożenić.
Coś się
zmieniło. Choć dorastaliśmy razem to każde z nas dorosło w inną stronę.
Moje ambicje
rosły, jego malały.
Ja marzyłam o pięknym
domu, jemu wystarczało spanie w ciężarówce.
Naginałam się
do jego standardów, przyzwyczajona że tak właśnie u nas jest.
Po 11 latach
odkryłam, że moje i jego to już nie są nasze standardy. Teraz to ja byłam tą,
która ciągnie go w górę, a on tym który jest za straty by się wspinać.
Nasze drogi się
rozeszły dopiero gdy moja samoocena była zdecydowanie poniżej tej którą miałam
dekadę wcześniej.
Związek
skończyłam zmęczona i wyniszczona dźwiganiem na swoich barkach dorosłego
chłopa. On przeciwnie, wypoczęty po
latach karmienia mną ego wyruszył w życie jako istny król. Kiedy on żył,
wyśnionym przeze mnie życiem, ja niczym licealista zbierałam siły do matury. Generalnie
źle ze mną było przez te lata.
Poszukując następstwa
za pana księcia uknułam nową teorie.
Mężczyzna musi
być brzydki bym tym razem to ja mogła być w związku, ta ładna.
Nauczona doświadczeniami
poprzedniego związku wybierałam tylko brzydkich samców. Wierzyłam że jak on jest
ten fe to po 1 nie zdradzi /bzdura, tym bardziej to zrobi bo ma kompleksy/. Wierzyłam,
że skoro on jest ten brzydki to tym bardziej doceni piękno mej urody, bo
przecież jej blask oświetla także jego drogę i rozpromienia jego niezbyt piękne
lico.
By nie czuli się
tacy brzydcy jak byli w rzeczywistości z uporem maniaka prawiłam im
komplementy, podnosiłam morale i przekonywałam że są coś warci.
Po kilku latach
związałam się z panem d. Pan d, miał lico najbrzydsze ze wszystkich patrzących
na mnie lic. Twarz jego zdobił złamany nos, pośladki zaś ślady bo wbijanych w
nie sterydach. Miał jednak zdecydowaną wyższość nad swym poprzednikiem, gdyż na
każdym kroku podkreślał iż jest brzydki i nie zasługuje na taką piękność jak
ja.
Sielanka trwała
mniej więcej rok.
Ja byłam
handlowcem, on kupującym ode mnie stretch kierownikiem. Jak miałam swój teatr
in swoją siłownie. Ja zarabiałam najniższą krajową on miał tysiaka więcej.
Prawnego dnia
dostałam awans. Przestałam sprzedawać stretch i zarabiać tysiaka mniej. Miałam czelność
zarabiać tysiaka więcej. Mój maleńki teatr trafił do telewizji i nie był już
zabawą po pracy tylko pięknie rozwijającą się drogą spełnionych marzeń.
Wyniesione na
piedestał ego pana brzydkiego podobnie jak w wypadku pana poprzedniego wraz z
kolejnymi szczytami pozostało na dole.
Jak zatrzymać kobietę,
gdy jesteś leniwą kluchą, której się nie chce iść z nią na szczyt? Bardzo
prosto.
Najpierw
udajesz niedostępnego. Potem wycofanego. Coraz mniej subtelnie udowadniasz jej
że inne piękne, też go chcą. Wreszcie, że tamte są piękniejsze a ona to taka
mysz.
Statystycznie
ambitna kobieta, w tym momencie powinna zacząć go gonić i błagać by jej nie opuszczał.
Bynajmniej nie dla tego, że nagle stał się piękny ale z czystej ambicji, że jak
to, taki brzydki a znalazł lepszą.
Właśnie z
powodu tych chorych ambicji i próżnego ego, te najładniejsze ganiają jak
pogibane tych najbrzydszych.
Zadziwiające
jaką fantazje potrafi mieć tępy samiec, być pouczyła się gorsza od niego.
Po panu
brzydkim numer 2 /jak się okazało pan książę też był brzydki/, celowałam już
tylko w brzydkich i wybrakowanych.
W myśl mądrości
jednego z nich „kobieta w moim wieku powinna brać co dają”, nawet jak nic nie
dają… co namiętnie dawał autor niniejszego zdania.
Zatem, kolejną
dekadę zmarnowałam na panów w standardzie -10.
Brutalnie brzmię
i samczo dziś, ale skoro oni mogli mi to robić wyłącznie z chęci wyleczenia
własnych kompleksów, to czemu ja raz nie mogę ich urody podsumować faktami.
Oni byli
brzydcy, nie mieli dobrych samochodów, fajnie zbudowanych firm ani nawet pieniędzy
tyle by mówiąc, ze kobiety są materialistkami choć jedną z tego powodu sobą
zainteresować. Żadna to złośliwość, ot garść smutnych faktów o moich własnych
wyborach.
Tym razem nie
czekałam kolejnej dekady. W połowie kolejnej dekady, po prostu zamknęłam warsztat
i uciekłam w samotność. Zacne to miejsce, nikt ci przyjemniej nie umniejsza za
to, że masz ambicje. Ups, znowu bzdura. W samotności zostałam ratownikiem,
który już nie jednego opasłego samca ale cała drużynę bardziej lub mnie
przypadkowych ludzi tacha na szczyt. Płeć i forma relacji, nie miała znaczenia,
ważne było by nie stać na szczycie samotnie.
Och jak mnie
wymęczyło to ratowanie świata.
Świat jest
pełen leniwych grubasów, którzy chcą być wnoszeni na szczy to też moja praca
licząc razem z czasem poświęconym panom brzydkim trwała dekadą.
Po kolejnych 11
a licząc od matury 20 latach, moje standardy wyglądały mniej więcej tak… pijący
z umiarem, pocący się z umiarem, gotujący i akceptujący fakt, że pale. Bardzo
wysokie standardy. Nie potrzebowałam nawet by był. Raz w tygodniu wysłany mem w
zupełności wystarczył.
Wielokrotnie
przez te lata doświadczyłam odrzucenia. Im facet był mniej wart, tym boleśniej ranił i tym
chętniej odrzucał.
Po kolejnym
roku zauważyłam powielający się schemat i jak to ja zaczęłam drążyć.
Od słów Izy, że
albo to gra w 100%, albo to na 100% nie przetrwa minęło kilka lat. Mogłam po
dobroci zmienić front i wrócić na dawne tory. To jednak dla upartej blondynki,
było by zbyt proste. Ja potrzebowałam doświadczeń i wielkich dramatów.
Znalazłam kompromis.
Był bystry, inteligentny
i wiecznie nieobecny w dodatki niezbyt piękny. Nie tylko mieścił się w ówczesne
standardy ale wręcz rokował jako ten, który ma silę mnie znieść na mój własny
szczy. Istny ideał. Opiekuńczy, szczery, mądry i zna się na tym na czym zupełnie
nie znam się ja. Przyznaję, że ten pan rokował najlepiej ze wszystkich źle
rokujących.
Do czasu…
Tym razem
momentem przełomowym była wywołana przez niego samego /kolejnym odrzuceniem,
zresztą/ moja osobista indywiduacja.
W proces idwiduacji
wlazłam dla niego. Porządki w życiu,
głowie, finansach i energetyce. A wszystko po to by miał idealną żonę gdy za
kolejną dekadę okryje moje istnienie.
Dal mi rok. Milczał,
olewał, zapomniał. Przeciwnie do mnie. Ja byłam ogrodnikiem, który gołymi
rękoma, gdy burze, wichry i śnieżyce, rwie chwasty.
Nim waćpan i
wybaczył ja miałam za sobą 7 szczyt i raptem dwa chwasty do wyrwania.
Powrócił po 1,5
roku. Tym razem wypił poranną kawę i uraczył dotąd nieznaną namiętnością o
której nie zapomniałam kolejne 7 miesięcy. Tym razem oczy mojej wyobraźni nie
widziały pięknorzęsej górki i napakowanego pierworodnego. Ten etap miałam już
za sobą. Tym razem widziałam napakowanego staruszka i babcie basie, którzy
mieszczka we własnoręcznie przez osiłka wystruganym domu. Najzabawniejsze, że
ja wierzyłam iż romantyczne epopeje na temat naszej miłości on będzie strugał
donice w które własnoręcznie będziemy sadzić chwasty. O naiwności ma.
Tu zaskoczyłam
samą siebie. Kocham studnie, mój śp. Dziadek był kręglarzem. Kiedy jednak
zobaczyłam wychodek za domem i uroczą studnie z której czerpie wode, gdy on
buja się po sobie tylko znanych śwatach zrozumiałam, że wcale a wcale nie chce
tak żyć.
Dotarło do
mnie, że standard rozsądnie pijący, gotujący i wiecznie nieobecny to już nie
jest mój standard. Może, gdybym była przed procesem indywiduacji… ale ja jestem
już po. Może gdybym wciąż była samicą beta, bezkompromisowość samca alfa była
by mi pociągająca.
Na zgubę naszej
relacji ja stałam się kobietą sigma, która nie potrzebuje ani ratować ani być
ratowaną. Która nie potrzebuje karmić ego tanimi komplementami ani drogimi gadżetami.
Na zgubę tej i
wielu innych relacji, stałam się po prostu sobą, która po prostu czeka na
godnego siebie partnera.
Jakie to szczęście,
że 11 lat temu w moim życiu pojawił się on.
Bez jego nie
nie odnalazłabym swojego tak.
Tak… Nieszczęście
jest w moim, życiu jednej człowiek, który swoim nie, zmusza do refleksji. Zapewne
w myśl jego dedukcji a także matematyki brzydkich mężczyzn w tym momencie
powinnam za nim gonić. Tymczasem ja piszę tyrady o standardach i wspinam się wyżej.
Po serii
refleksji a także wypowiedzi mojej fryzjerki, byłej księgowej oraz paru niezbyt
przychylnych mi osób, że jestem bardzo wymagającą klientką okryłam swoje własne standardy.
Może nie jemu a
sobie powinnam w tym momencie podziękować, że umiem dostrzegać powtarzające się
schematy i mam ochotę na nie reagować.
W ferworze refleksji
okryłam, że nigdy nie zostałam odrzucona przez tzw. pięknych mężczyzn. Kosza
dostawałam wyłącznie od tych, przy których zdawałam się być tą ładniejszą
istotą.
Nigdy też mojej
przyjaźni nie odrzuciła, żadna osoba która żyła by według standardów do których
dążę. Nigdy też żadna z tych tzw. lepszych ode mnie nie skrytykowała moich
ambicji. Wręcz przeciwnie to one zagrzewały mnie by iść na szczyt. Wówczas gdy
tamci umniejszali mi i zmuszali bym zaniżała własne standardy.
Zadziwiające
jak wiele rzeczy w życiu mi nie wyszło, tylko dla tego, że zaniżałam swoje
standardy by się dopasować. Jeszcze bardziej, porusza mnie, że jako nic nie
mająca 20 latka wierzyłam w siebie bardziej niż jako dorosła 40latka.
Przerażające,
że w pewnym momencie, dałam sobie wmówić a co gorsze uwierzyłam, że jestem taka
jak ci których próbowałam wnieść na swój szczyt.
Zmarnowałam
przeszło 20 lat, by odkryć że 20latka była mądrzejsza niż 40latka i jej asekuracyjne
teorie zaniżania standardów.
Brutalny wniosek
- upadek zawsze boli, niezależnie czy jest to 30 czy 3 pięto. Rozstanie i
odrzucenie zawsze boli, czy jest to pan ładny czy pan brzydki. Pan brzydki wali
mocniej, bo musi nakarmić zakompleksione ego. Za mieszkanie zawsze trzeba
płacić, nie zależnie czy toaletę masz w środku czy na zewnątrz.
Zaniżamy swoje
standardy by pasować do towarzystwa, które namiętnie i z dziką satysfakcją nas
odrzuca.
Tym czasem to
nigdy nie wychodzi. Im bardziej umniejszamy sobie tym bardziej oni umniejszają
nam, kimkolwiek by nie byli. Łabędź zawsze
będzie odmieńcem wśród kur i to jest smutny fakt. Kura nie poleci i tak jak łabędź
będzie się bała samotności, tworząc z łabędziem toksyczny związek.
Na szczycie
musisz być sam. Tam nie ma miejsca na dwoje, chyba że ktoś cie tam wniesie i
będzie trzymał w ramionach, gdy już tam staniecie.
Zawsze
sądziłam, że jestem zdolna być silna i kochać za dwoje. To też jest godna
obalenia bzdura. Żadna kobieta, nawet tak silna jak ja nie ma siły by wnieść
dorosłego chłopa gdzie kolwiek. Zatem standard by jedno robiło za dwoje nie ma sensu
i nuż na starcie skazany jest na przegraną.
Nawet jeśli
zrezygnujemy z latania. To nic nie zmieni, łabędź zawsze będzie odmieńcem wśród
kur!.
Nasze wybory
mają swoją cenę. Gdy źle zdasz egzamin, masz prawo do poprawki. Gdy jednak w ogóle
do niego nie podejdziesz to tracisz prawo do terminu poprawkowego i cały trud
wydany na studia przepada.
Moje kochane,
trywialnie wam powiem, że jeśli mamy już cierpieć to mniej ranią ci piękni
znający swoją wartość, niż ci który naszymi biustami budują swoją wartość. Jeśli zaś mamy marnować swoje zdrowie na pracę
to niech ona nam da środki na godne życie albo spełnione ambicje. A jeśli
angażujemy się w pasje, pamiętajmy by karmiła ona także naszą dusze.
Nadeszła wiekopomna
chwila, by przyznać, że jednak mam standardy. Mężczyzna po 40 ma marne szanse
być pięknym adonisem przed 30tka. Już wiem, że nic mi z jego urody i tym mniej
z jego brzydoty. Moim jednak standardem jest by był piękny wewnętrznie i na
tyle odważny by stać ze mną na szczycie. Bynajmniej nie jako truteń, którego
tam wniosłam lecz jako obrońca przed porywistym wiatrem.
Moim standardem
jest by dom miał solidne fundamenty, dach, ściany, podłogę i toaletę we wnętrz.
Moim standardem nie jest droga willa, lecz dom dla dwojga szanujących i
kochających się ludzi. Moim standardem jest dobrze wykonana usługa, za którą
płacę. Moim standardem są ludzie, relacje, przekonania i przedmioty, które
karmią moje ciało i dusze nie pyszne ego.
Przyznaje, że
mam swoje standardy oraz ambicje i nie uważam jak kobieta, która zasługuje na
miłość by było to coś złego.
Moja fryzjerka
miała racje, jestem wymagająca i nadeszła taka chwila, gdy nie mam ochoty za to
przepraszać. Wręcz jestem z siebie dumna!
Cholera znów boli
mnie ząb i zdaje się nic sensowniejszego niż garść tych złośliwości już nie wymyślę.
Dobrego dnia.
Wasza niezbyt
piękna ale na pewno wymagająca Zora
Komentarze
Prześlij komentarz