Panna Summer
i jej Pies
Po kilku
dniach nieobecności, zmęczona i zawiedziona wracam do domu.
Mam dość
wszystkich i wszystkiego. Zwłaszcza brudnej Gdyni, przeładowanego pociągu interregio
i ciężkiego plecaka, który towarzyszył mi 3 dni.
Mam tak
bardzo dość, że moje ciało przechodzi w tryb samolotowy, zasypiając przy każdej
sytuacji bez względu na okoliczności.
Na wyjazd
i na powrót ta paskudna Gdynia wita mnie remontami, opóźnionymi pociągami i
ludźmi, których nosy są w telefonach. Chyba właśnie ten widok, uświadomił mi że
jestem na telefonicznym detoksie i cudownie mi z tym.
W domu wita
mnie pies, siedzący na fotelu piec. Pachnę inaczej, innymi miejscami, energią,
wyglądam i czuje się inaczej. On nie wie co, ale wie że. Nie skacze, nie biega, ja zwykle po dłuższej
rozłące. Po prostu wyciąga łapy i przytula. Jak by wiedział, że ten poranek nie
należał do moich ulubionych. Rzucam ten cholerny plecak, zaparzam kawę i ideę
na balkon. Nie mam ochoty nawet go przywitać. Gdy biorę telefon do ręki siada
puchata kulka, opiera głowę i z czułością patrzy. Przypominają mi się wgapione
w telefony głowy ludzi w pociągu. Setki ząbi. Odkładam telefon, wybieram
głaskanie – już nigdy więcej niechcę być jednym z nich. Głaszczę, piec radośnie
mruczy po swojemu, rozpłaszcza łapki i uśmiechniętym pyskiem na mnie patrzy. Rozglądam
się. Widzę kwiaty a w nie powbijane lampki. Jest pięknie a to piękno jest
owocem mojej pracy.
Posadzone wiosną
nemezje wybuchły kolorowymi kwiatkami, gdy wyjechałam. Ten maleńki sukulent
wyciągnięty z piachu właśnie zakwitł i podwoił swoją wielkość.
Rozglądam się
i dociera do mnie, ze ten przebiegniety wyjazd był mi potrzebny także po to by
dostrzec piękno swojego domu, balkonu, kwiatów i znów zakochać się w uśmiechu
tego kundelka.
Ledwie zaczynam
głaskać to moje 15 kilo szczęścia cały ten koszmar odchodzi.
Patrzę na
ten swój mały świat i pojmuje istotę tego zmęczenia.
Jestem zmęczona
ludzką negatywnością, narzekaniem, szukaniem tematów do rozmów wybieraniem tych o tym jak jest źle.
Jestem zmęczona
bardziej niż fizycznie.
To ciągłe
narzekanie na rząd, na pogodę, na ceny, na sąsiada brudzi mnie bardziej niż męczą
moje własne problemy.
Ach, czemu
ludzie nie umieją tak rozmawiać o letnim wietrze, o zapachu kwiatów, o dobrych
rzeczach? Czemu zagorzałe rozmowy są zawsze o złych rzeczach?
Czemu nie
możemy w rozmowach poświecić, tyle samo uwagi dobru co poświęcane jest złu?
Może to ja
stałam się dziwna, a może to świat przestał dostrzegać swoje własne piękno.
Im bardziej
próbuje przekierować rozmowę na pozytywne tory, tym większe bury dostaję za swój
optymizm.
Największą
z moich wad jest to, że nie chcę siebie ani ludzi karmić rzeczami złymi. Że przerywam
rozmowę mówiąc „nie chcę gadać o politykach, pozachwycajmy się pięknem śpiewu
kosa”. Kosy tak pięknie śpiewają. Czemu jestem jedyną, która je słyszy?
Boże jak
trudno jest znaleźć człowieka, z którym nawzajem możemy się nakręcać dobrem.
Na urzekającej
jest praktykowana środa wdzięczności.
Zaadoptowałam
te praktykę na niedzielną msze. Dla mnie niedziela jest takim dniem. Czasem klęczę,
czasem siedzę. Wpatrzona w Krzyż, lub w oczy Maryi, w ukochanych świętych i po prostu dziękuję. Dziękuje za śpiew kosa o
poranku, za przepiękny zachód słońca, za piszczącą krówkę, którą położył na poduszce
pies, za oczy, uszy i serce, które w szumie liści zdolne są dostrzec piękno
życia i świata.
Na świecie
jest tak nieprawdopodobnie wiele piękna i dobra. Zdecydowanie więcej jest dobra
niż zła. Czemu ludzie więcej mówią i myślą o tym co złe niż o tym co dobre.
Kiedy to
pisze boli mnie noga, jest spuchnięta i wygląda to bardzo źle. Czemu ja siedzą
tu i pisząc potrafię poświecić więcej uwagi zapachowi tych kwiatów niż temu
bólowi. Czemu ludzie którzy są zdrowi, mają prace, rodziny, uśmiechnięte psy, tak
na wszystko narzekają.
Jak im
wszystkim nie wstyd tak karmić świat negatywnością. Ludzie tak ciężko chorzy
żyją pełnią życia, sparaliżowani, zdobywają szczyty, bezdomni opowiadają
dowcipy. A zdrowi ludzie, mający zdrowe dzieci tak siebie i świat karmią
negatywnością.
Tak są
wojny, jest gorąco, sąsiad napierdala basem, politycy kradną a unia wymyśla
jakieś głupoty. Tylko co zmienia to narzekanie? To ohydne narzekanie!
Czy to, że
boli mnie noga a politycy to kretyni sprawiło, że słońce przestało tak pięknie
wschodzić i zachodzić? Czy to sprawiło, że śpiew kosa stał się naprawdę nie
słyszalny? Czy to sprawia, że moje kwiaty przestały tak pięknie pachnieć?
Kolejny rok
znikam z ludzkich radarów, szukając jednego człowieka, który tak jak ja będzie
wolał karmić siebie i mnie dobrem tego świata niż złem.
Mam wrażenie,
że przegrywam te walkę, ilekroć zaczynam z kimkolwiek rozmowę. Zupełnie jak by
ludzie zupełnie zapomnieli, że rozmowy do dobrych rzeczach mogą być równie
atrakcyjne co te o złych.
Cóż… tym
nas karmi telewizja, media. O politykach, aferach każdy coś wie. Narzekając na
rząd każdy ma coś do powiedzenia. O radośnie naśladującej ludzki śmiech mewie
nie mówią w telewizji…
Tak mi się
chce żyć. A tak bardzo nie ma z kim żyć.
Bo ja nie chce
karmić się negatywnością, brudzić tymi toksycznymi rozmowami. Chce się śmiać, tańczyć
i cieszyć pięknem tego świata.
Głaszcząc te
rudą dupkę mojego psa, zrozumiałam że tylko on rozumie o czym pisze. Tylko on
potrafi się tak bezwarunkowo cieszyć pięknem każdej chwili, każdym banałem,
każdym drobiazgiem.
Świata nie
zmienię. Mogę jednak nie włączać ani telewizora ani telefonu. Szkoda tylko, że
muszę unikać własnych znajomych.
Jak być
pozytywnością w tym negatywnym świecie?
Nie mam
pojęcia.
Jak nie
dać się wciągnąć w wir tych dram, nieszczęście już wiem. Szkoda, że to oznacza ucięcie
kontaktu z kolejną osobą. Widać inaczej się nie da ocalić czystości własnej
duszy.
Jestem
dziwna, inna, nie pasująca do tego świata.
Liczę się z
tym, że jedynym z którym naprawdę umiem żyć
to mój pies.
Wolę, jednak
być uśmiechnięta z uśmiechniętym psem niż żyć w tłumie na wszystko jojczących
ludzi.
Zora wel
panna Summer i jej uśmiechnięty pies.
Komentarze
Prześlij komentarz