Alkoholizm jako śmiertelna choroba przenoszona drogą
kropelkową
W myśl definicji „Alkoholizm (zespół uzależnienia
od alkoholu) to przewlekła choroba charakteryzująca się utratą kontroli nad
ilością spożywanego alkoholu. Dominuje w niej psychiczny i fizyczny przymus
picia, który staje się życiowym priorytetem pomimo niszczących konsekwencji
zdrowotnych, psychicznych i społecznych”. (źródło: https://gopswydminy.pl/przeciwdzialanie-uzaleznieniom/alkoholizm/alkoholizm-definicja/)
Jeszcze w 2016 roku na ludzi uzależnionych od alkoholu
patrzyłam przez pryzmat choroby a w związku z tym współczucia dla biednych alkoholików.
Pracowałam wtedy z bardzo konkretną i przebojową kobietą,
która była DDA. Słysząc moją teorie, drastycznie przerwała moje pełne empatii
wnioski jednym, cięciem
- o czym ty do mnie mówisz, alkoholik to bandyta który na
własne życzenie niszczy życie sobie i ludzi dookoła.
Po tamtej rozmowie moje spojrzenie na temat po woli zaczęło
ulegać przewartościowaniu.
Nawet jeśli w chwili gdy nad umysłem przejmuje kontrole
substancja, to jednak przed jej zażyciem dorosły chłop wie co go czeka potem. Mimo
świadomości jakim piekłem będzie dla świata za chwile i tak sięga po butelkę.
Bardzo często sam alkoholik w młodości napatrzył się na
ekscesy wyrabiane przez jego rodzica. Po mimo świadomości i tak czuje wszechmoc
wobec substancji, która zamieniła jego dzieciństwo w piekło.
Od rozstania z moim nadwornym alkoholikiem minęło 13 lat.
Przez ten czas nie przestałam być na tzw. czujce. Jak w matrixie mój mózg
skanuje każdego znajomego, który otwiera przy mnie bodaj bezalkoholowe piwo. Żyjąc
u boku marka miałam wątpliwą przyjemność poznać wszystkie fazy tej choroby na
własnej skórze. Nie mam do siebie żalu, że wypracowałam w sobie mechanizmy
obronne. W ten sposób chronię siebie i swoich bliskich przed tak dobrze znanymi
skutkami ich picia.
Współuzależnioną podobnie jak alkoholikiem jest się do
końca życia.
Przez te lata, mój były manifestowała się przez różnych ludzi
o bardzo różnym statusie łączącej nas relacji. Wiele lat była we mnie chęć
pomagania im w wyjściu z nałogu. Gdzieś w sobie miałam nadzieje, że uda mi się
uratować marka w jakimś innym człowieku.
W ostatnich tygodniach duch zmarłego związku zaczął się
manifestować w paskudny sposób. Im bliżej byłam końca swoich udręk tym on
bardziej próbował mnie niszczyć.
Myślałam, że to obudzone w noc kupały południce
wyczyniają swoje lipcowe harce. Im bardziej jednak analizowałam sytuacje jakie
miały miejsce. Tym bardziej widziałam ich podobieństwa.
Jedynym zdolnym uciszyć te demony jest Grzegorz. Ten człowiek
ma w sobie taką siłę, że na dźwięk jego imienia zdają się mnie atakować
wszystkie demony, które na dźwięk jego głosu uciekają w popłochu.
Im bardziej błyszczę tym one bardziej mnie atakują. Przez
te 11 lat zauważyłam, że najwyżej mogę latać
gdy moje demony oślepia grzegorzowy miecz. Moja dusza z natury jest wybitnie
wolna, latanie z asekuracją nie leży niestety w Jej naturze.
Ilekroć znikam z pola wpływu mojego obrońcy duch
manifestuje się i wraca z coraz większą agresją.
Choć normalnemu umysłowi trudno pojąć to co pisze to w
świecie energii, myśl jednego nieżyczliwego człowieka potrafi materializować się
w setkach innych ludzi.
Jeszcze niedawno uważałam, że ludzie z problemem
alkoholowym to biedne, umęczone przez chorobę jednostki. Po latach obserwacji
ludzi, którzy twierdzą że nie są alkoholikami i wymyślam im problem, dochodzę
do wniosku iż alkoholizm nie słusznie został zakwalifikowany jako choroba. A Magdalena
miała racje nazywając ich egoistami, którzy na własne życzenie niszczą sobie
zdrowie i życie swoich rodzin.
Dlaczego wciąż mam być miła i delikatna w kwesti ludzi,
którzy robią tak haniebne i pozbawione empatii rzeczy?
Nie rozumiejąc swojej agresji na zapach piwa, przyciągnęłam
do siebie ludzi i sytuacje, w których znalazłam wiele odpowiedzi.
A może to, że zaczęłam z dnia na dzień nienawidzić tonu
pijanego głosu, smrodu jaki wydobywa się z super samca na kacu, brzdęku pustych
butelek i tego okropnego syfu jaki dookoła siebie robi zachlany typ to jest
objaw mojego wyzdrowienia ze współuzależnienia.
Może to, że po 13 latach zniknęła empatia i współczucie
dla ludzi zmuszanych przez mechanizmy nałogu do picia to właśnie objaw, że przestałam
być ofiarą ich nałogu?
Czy to, że moja empatia z dnia na dzień zamieniła się w
agresje można uznać, za wyzdrowienie?
W myśl definicji: Współuzależnienie to stan, w
którym bliska osoba przejmuje kontrolę i podporządkowuje swoje życie nałogowi
partnera lub członka rodziny. Osoba współuzależniona obsesyjnie próbuje kontrolować
zachowanie uzależnionego, usprawiedliwia go i chroni przed konsekwencjami
nałogu, co prowadzi do skrajnego zaniedbywania własnych potrzeb, lęku oraz
utraty poczucia własnej wartości (źródło: https://swiatzdrowia.pl/artykuly/wspoluzaleznienie-objawy-fazy-terapia/).
Zastanawiam się co powiedziała by mi dziś śp. Basia, moja
mentorka i przyjaciółka. Czy to co się ze mną dzieje nazwała by napadem paniki,
spowodowanym podwyższonym cukrem i chorobą serca? Czy uznała by to za zespól stresu
pourazowego, który podobnie jak nałogi zdaje się być wieczny? Czy może tak jak
ja uznała by, że to ostatni etap wyrwanej z rąk tyrana.
Niezależnie czym jest to co czuje, dziś uważam, że
nazywanie tego egoistycznego zachowania nie jest jednostką chorobową. Jest bezmyślnym
i egoistycznym zabijaniem nudy. Jest najgłupszym z możliwym sposobem na podkręcenie
swojej męskości. Niezależnie od teorii, definicji i moich wewnętrznych rozterek,
dziś pijanego widzę jako obleśne i śmierdzące zwierzę. Bez czci i godności. Obrzydliwość
nad obrzydliwości.
Miejsce współczucia zastąpiła głęboka niechęć i pogarda.
Ludzie, którzy nałogowo piją są agresywni, zarozumiali i bezmyślni.
Z każdym kolejnym tygodniem picia stają się coraz gorsi a im mają więcej w
sobie kompleksów tym gorsi są dla otoczenia.
Podobnie jak 16 lat temu w słowach Magdy nie było grama
dobra dla tych ludzi. Tak w moich słowach i uczuciach nie ma grama serdeczności
dla ludzi, którzy tak niszczą swoje rodziny.
Bandyta jest bandytą i to ukrywające się pod nowymi
ciuszkami, perfekcyjną pracą, piękną rodziną wcześniej czy później wybije. Bo
alkoholik to nie zawsze żul i menel. Czasem to zwykły człowiek, który się schla
i idzie spać. A innym razem elegancji dyrektor na którego w domu czeka przesadnie
pokorna i wycofana żona.
W najmniej spodziewanym momencie coś się w nas samych zmienia.
Tłumiony latami głos zaczyna krzyczeć przebijając się przez wszystkie latami
nakładane zbroje.
Tak taka też jestem. Agresywna, wściekła, sfrustrowana. Czasem
dla tego, że staję we własnej obronie gdy zostaję sama. Innym razem dla tego,
że tama pęka! A szala goryczy się przelewa.
Ps. Zora była najbardziej agresywna, gdy czuła się
atakowana. Jej delikatne białe futro w trakcie walki zmieniało się w czarny
pancerz jeża. Zora nie bała się chodzić ciemną nocą, bo wiedziała że posiada
zdolność do tej przemiany.
Ściskam serdecznie
Tańcząca z Wilkami - Zora
Komentarze
Prześlij komentarz